czwartek, 7 sierpnia 2014

Rozdział 5 Rozterki

Nie przepadał za świętami. Kiedyś, jako dziecko, uwielbiał je to prawda. Jednak wtedy chodziło głównie o udekorowane drzewko, piękne, drogie prezenty i zabawy w śniegu, czyli wszystko to co jest związane ze światem dziecięcych marzeń, w którym wszystko jest proste i jasne, a pozbawiony jest zła i problemów większych niż ostatnia paczka czekoladowych żab, czy nowa miotła w nieodpowiednim kolorze. To był świat idealny, gdzie rodzice są bohaterami potrafiącymi ochronić swoje pociechy przed czyhającym niebezpieczeństwem, sprawiając, że żyją w swojej bańce nieświadome skomplikowanych relacji rządzących prawdziwym światem dorosłych.
Doskonale pamiętał jakiego doznał szoku, gdy jako piętnastoletni chłopiec został wyrwany z tej dziecięcej szczęśliwej krainy, w której nikt nie umiera i wciągnięty, przez swoich idealnych, wszechmocnych opiekunów w nie swoją walkę, gdzie musiał być świadkiem niewyobrażalnych okrucieństw i podłości. Ale to im nie wystarczyło. Nie dość, że zniszczyli jego bezpieczny świat, zmusili go także do aktywnego uczestnictwa z swoich zbrodniach, kazali mu szybciej dorosnąć, stać się mężczyzną i ofiarować swoje życie czystemu złu, nie pytając go nawet o zdanie.
To wtedy znienawidził święta. Poczuł się oszukany ich radosną atmosferą i wesołością. Jemu już nie wolno było się śmiać czy cieszyć czymkolwiek, nie wolno mu było się odzywać we własnym domu, czy podejmować samodzielnych decyzji. Cała jego przyszłość została zaplanowana za niego. Miał zostać żołnierzem wrogiej armii i mógł jedynie, robiąc dobrą minę do złej gry, wykonywać rozkazy lub zginąć próbując.
Tylko matka, w tajemnicy przed wszystkimi, starała się dodawać mu otuchy i wiary, że ten koszmar kiedyś się skończy. Ona także godziła się na to wszystko, tylko ze strachu o życie swojego jedynego potomka. Gdy tylko znaleźli moment sam na sam, okazywała mu swoją matczyną miłość, wierząc, że w ten sposób uda jej się zachować w nim resztki człowieczeństwa i uratować jego duszę przed wiecznym mrokiem.
Teraz leżąc w wygodnym, szerokim łożu z baldachimem w swoim mieszkaniu, zachłannie chłonąc uciekające z każdą sekundą resztki snu, wraz z wracającą świadomością czuł napływające ponownie poczucie winy. Otworzył leniwie oczy i wpatrując się w sufit, analizował wydarzenia ostatnich dni.
Minione właśnie święta spędził u matki. Tak bardzo się ucieszyła, gdy jej oznajmił, że odwiedzi ją na te kilka dni, że dopiero wtedy uświadomił sobie jak bardzo za nią tęsknił. Był strasznym egoistą izolując się także od niej przez ostatnie lata, ile musiała przez niego wycierpieć? Po tym wszystkim co spotkało jego rodzinę, podwinął ogon i uciekł pozostawiając ją samą z tym wszystkim. Chciał się oderwać, zapomnieć o tym całym bagnie, a sprawił tylko ból jedynej osobie, która go naprawdę kochała. Przez jego nieodpowiedzialne zachowanie w jednym czasie straciła nie tylko męża, ale i syna. Nie został jej już nikt. Tak mu się przynajmniej wydawało.
Dopiero dwa dni temu w Boże Narodzenie dowiedział się, że matce udało się odnowić kontakty z siostrą. Nie znał tej kobiety, ale był jej strasznie wdzięczny, że nie odtrąciła jego matki, lecz zaopiekowała się nią, w momencie gdy najbardziej tego potrzebowała. Czuł się strasznie z tą świadomością, że ją zawiódł. Nigdy więcej nie może do tego dopuścić. Musi jej to wynagrodzić, otoczyć opieką, uszczęśliwić. Tak wiele jej zawdzięczał.
Nagle jego rozmyślania przerwał dzwonek do drzwi. Zaskoczony odruchowo spojrzał na wiszący na ścianie zegar. Dochodziła dopiero siódma rano, a za oknem wciąż panowała ciemność. Kogo więc licho niesie?
Próbował zignorować natarczywego gościa jednak po piątym sygnale zrozumiał, że ten nie odpuści tak łatwo. Zrezygnowany, wysunął się spod kołdry i opuścił bose stopy na podłogę. Przeciągając się, ruszył w kierunku drzwi, nie troszcząc się nawet o swój niekompletny strój. Zniecierpliwiony otworzył drzwi jednym machnięciem różdżki gotowy puścić wiązankę osobie niepokojącej go o tak wczesnej porze. Jednak gdy zobaczył swojego gościa stanął jak spetryfikowany, nie mogąc uwierzyć własnym oczom, całkiem jakby zobaczył ducha.
*
Hermiona kolejny dzień z rzędu przesiedziała przy biurku obładowanym stosami książek. Jeszcze przed świętami postawiła sobie za punkt honoru zgromadzenie wszystkich materiałów dotyczących prawa procesowego jakie wpadną jej w ręce. Mogłoby się wydawać, że pół roku to szmat czasu, jednak jej pokój zagracony poustawianymi w kolumienki książkami wyraźnie temu przeczył. I żadne tłumaczenia, by poczekała, aż pozna dokładną dziedzinę i tematykę procesu, nic nie pomagały. Musiała działać, teraz, zaraz inaczej na pewno się nie wyrobi z tym wszystkim.
Miała tylko nadzieję, że członkowie jej zespołu podejdą do tematu równie sumiennie i poważnie jak ona. Gdy zaproponowała spotkanie zaraz po Nowym Roku w celu wspólnej nauki i opracowania jakiejś taktyki powtórek, nawet nie zaprotestowali, czego skrycie się obawiała. Przeciwnie, wszyscy wyrazili niespodziewany entuzjazm. Niezmiernie ją to cieszyło i dawało nadzieję na owocną współpracę. Dlatego teraz nie może być gorsza i leniuchować, podczas gdy oni wykorzystują ten wolny czas na naukę. A na pewno tak jest. Dlaczego Ron nie potrafi tego zrozumieć? Przecież ona mu nie przeszkadzała, gdy przygotowywał się do swoich egzaminów i zanudzał wszystkich opowieściami o niskich statystykach zdawalności z ostatnich lat oraz „potwornie wymęczających” i „okropnie trudnych” testach. Znosiła to cierpliwie, będąc przy nim zawsze, gdy potrzebował, by ktoś go wysłuchał i pocieszył dobrym słowem, dlaczego więc nie może się jej odpłacić tym samym tylko snuje się za nią jak cień mamrocząc coś o spacerze, czy pogaduchach w rodzinnym gronie.
I tak powinien być zadowolony, że w końcu zgodziła się przyjechać do niego na te kilka dni, właściwie dwa nie więcej, bo musi się uczyć. No i może się złościć do woli, że nie chciała zostać w Norze na całe święta tak jak to bywało w latach szkolnych. Świadomość, że tak niewiele brakowało, a nigdy by już nie spotkała swoich rodziców otworzyła jej oczy na niektóre sprawy. Przede wszystkim poświęcała im zbyt mało czasu i uwagi. Większość świąt i wakacji spędzała z Ronem i jego rodziną całkowicie zaniedbując swoją. Gnębiące ją wyrzuty sumienia, nie pozwoliły jej ani przez moment rozważać propozycji ukochanego spędzenia w domu Weasley’ów całego świątecznego tygodnia, aż do sylwestra. Najgorsza był jednak reakcja Rona na sugestię, by te święta spędzić u niej. Zawsze tak narzekał na przepełniony dom rodzinny, a nagle nie wyobrażał sobie by spędzić ten czas bez nich. Ostatecznie zgodził się na jeden dzień u niej, by lepiej poznać przyszłych teściów i ich świąteczne tradycje.
Jak zwykle grzeczny i radosny już dawno podbił serca jej rodziców. Jej mama podtykała Ronowi pod nos co smakowitsze kąski, ojciec zaprosił go na lampkę koniaku i partyjkę szachów po kolacji. Sam chłopak, także wyglądał na zadowolonego. Ostatecznie doczekał się chwili, gdy był w centrum zainteresowania i każdy go rozpieszczał. W rodzinnym domu nikt nie poświęcał mu aż tyle uwagi. Czuła, jak radość przepełnia jej serce widząc jak świetnie się dogadują.
Uśmiech wciąż zdobił jej usta na nasuwające się, przeszkadzające w nauce, wspomnienia miny Rona, gdy mu powiedziała, że ma bez użycia magii obrać ziemniaki, czy pomóc w sprzątnięciu ze stołu. Był tak słodko nieporadny, że nie mogła się powstrzymać i musiała podejść, by się do niego przytulić i pocałować. W takich chwilach głęboko wierzyła, że jeszcze wszystko może się naprawić między nimi i będą razem niemożliwie szczęśliwi.
Wciąż przepełniona tym błogim uczuciem, chwyciła książkę opisującą delikty z udziałem trolli, gdy kolejny raz zaskrzypiały drzwi do pokoju, w którym usiłowała się uczyć. Po chwili, przez szparę spoglądały na nią zielone oczy przyjaciela.
- Mogę przeszkodzić? – zapytał uśmiechając się szeroko – Czy może grozi to śmiercią lub kalectwem?
Westchnęła głęboko, udając rozzłoszczoną, w środku walcząc z sobą, by nie wybuchnąć śmiechem. Nikt nie potrafił jej tak rozbawić, jak jej wiecznie rozczochrany przyjaciel z blizną na czole.
- Jasne, właź – zamknęła dopiero co otworzony tom i obróciła się w jego kierunku. Chłopak wszedł do środka pewnym krokiem i usiadł niedaleko niej na łóżku opierając się nonszalancko na łokciach.
- Ron mówił, że lepiej się do Ciebie nie zbliżać, bo gryziesz i warczysz jak rottweiler – zaśmiał się głośno, palcem wskazującym poprawiając, spadające z nosa okulary. Na te słowa dziewczyna jedynie zrobiła wojowniczą minę i założyła ręce, w myślach planując już zemstę na ukochanym za tak brutalne i zupełnie nieprawdziwe słowa.
- Po prostu mam dużo nauki, chyba nie tak ciężko to zrozumieć. A wieczne marudzenie Rona wcale mi nie pomaga.
- Wiem, wiem – uniósł obie dłonie w obronnym geście. – Jak zaplanujesz naukę to końmi nie da się Cię od niej odciągnąć. Myśleliśmy, jednak że spędzisz z nami trochę czasu.
- Wierz mi chciałabym, ale mnie znasz. Bardzo poważnie podchodzę do obowiązków.
- Taaak, ale na sylwestra przyjdziesz bez swoich kolegów?
- Kolegów?
- No tak ostatnio jesteście nierozłączni, ty i te wszystkie książki – otoczył ręką pokój, wskazując równo poukładane tomy.
- Jesteś kochany Harry, że tak się o mnie troszczysz, ale jeszcze jedno słowo i nie ręczę za siebie.
- Jedyny podręcznik jaki możesz zabrać do torebki to 1001 zaklęć na pyszne drinki  - odezwał się stojąc już przy drzwiach i znikając za nimi w chwili gdy lecąca w jego kierunku książka uderzyła w ścianę na wysokości jego głowy.
Jak to możliwe, że Ron zawsze wysyła Harry’ego, by rozładować atmosferę i wybadać jej nastrój. Czy to nie on powinien być tym, który zna ją najlepiej i zawsze potrafi poprawić jej humor? Tak bardzo zazdrościła Ginny, tak udanego związku. Tych dwoje było dla siebie stworzonych i nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości. Te pojawiały się dopiero, gdy zaczynała myśleć o własnym związku.
Nie miała jednak ani na tyle odwagi, ani pewności, aby rozwijać ten temat nawet we własnej głowie. Bała się do jakich wniosków może dojść a nie była na to gotowa. Jej poukładany po wojnie świat, nie zniósłby kolejnej reorganizacji. Poza tym wystarczył najdrobniejszy gest, czy uśmiech ze strony Rudzielca, a jej rozterki topniały niczym zeszłoroczny śnieg. Wyrzucała sobie wtedy jaka jest wobec niego niesprawiedliwa, zamiast cieszyć się tym co mają. Nie ma związków idealnych, każdy napotyka na swojej drodze wyboje i gorsze dni. Czy potrafiłaby sobie wyobrazić życie bez jego piegowatej twarzy i rozbrajającego uśmiechu? Nie, zdecydowanie nie.
Gdy w sylwestrowy wieczór, wystrojona w czarną dopasowaną sukienkę, stała przed lustrem zapinając srebrne kolczyki, poczuła na swojej talii jego ciepłe dłonie. Po chwili dołączył do tego rozkoszny całus na karku, od którego po jej ciele rozszedł się elektryczny impuls, który poczuła aż w palcach stóp. Jak kiedykolwiek mogła pomyśleć o tym, że ten związek nie ma sensu? Czy czułaby teraz to ciepło w dole brzucha i szybsze bicie serca, gdyby nie byli sobie pisani?
Chłopak zachęcony jej przyspieszonym oddechem, wciąż całując jej szyję, przysunął ją bliżej siebie, tak że wyraźnie poczuła na pośladkach jego pęczniejącą męskość. Na ten dotyk z jej ust wydobył się cichy jęk, a głowy wyleciały wszystkie inne myśli. Potrzebowała tego. Cały ten stres związany ze studiami, denerwującym Malfoy’em, rozterki uczuciowe, wszystko to obciążało nie tylko jej umysł, ale także powodowało niemal fizyczny ból, który teraz pod wpływem jego pocałunków zmniejszał się wprowadzając ją w istny błogostan.
Gdy jego ręce zaczęły wślizgiwać się pod cienki materiał sukienki, nerwowo błądząc po jej udach, nie mogła dłużej powstrzymywać się od reakcji. Oddychając głośno przez usta, przekręciła się w jego objęciach, tak by móc patrzeć w jego zamglone z pożądania oczy, a następnie namiętnie go pocałowała, wtapiając ręce w jego włosy. Zaskoczony jej reakcją Ron, czuł, że nie mają dużo czasu. Zdecydowanym ruchem, złapał brzeg jej kreacji i pociągnął do góry, i już stała przed nim w samej czarnej, koronkowej bieliźnie. Przez chwilę podziwiał ukochaną, zachwycony każdą jej krągłością, jej ciepłem, miękką skórą. Nie mógł uwierzyć w swoje szczęście, że ta piękna kobieta należy tylko do niego.
- Łóżko – szepnął muskając jej ucho gorącym oddechem, szybko rozpinając koszulę. Nie dane im było jednak tam dotrzeć. Porwani w wir pożądania, opadli na miękki dywan przed płonącym kominkiem. W jego rozmigotanym świetle wyglądała jeszcze piękniej.
Szybko zdjął spodnie i zaczął gładzić wewnętrzną stronę ud Hermiony, ustami szukając jej warg. Następnie schodził leniwie z pocałunkami na jej odsłoniętą szyję, aż do piersi, jednocześnie palcami drażniąc jej kobiecość przez materiał fig. Czuła jak coraz bardziej przyspiesza jej tętno, jakby serce miało zaraz wyskoczyć z klatki piersiowej. Domagające się  spełnienia ciało wyginało się, by znaleźć wspólny rytm z jego bezlitosnymi palcami. W końcu nie mogąc dłużej wytrzymać tych słodkich tortur, uwolniła jedną rękę z jego włosów i sięgnęła nią w dół do jego członka. Gdy go złapała, był twardy i gorący, a ona aż zacisnęła uda na jego palcach, domagając się, by w końcu ją wziął. Nie musiała długo czekać, doprowadzony do ostateczności chłopak, szybko zdarł z niej bieliznę i łapiąc za kolana podciągnął jej nogi go góry, zakładając jedną jej stopę na swoje ramię. Następnie ukląkł przed nią i patrząc jej głęboko w oczy pochylił się wprowadzając w nią swoją rozgrzaną męskość. To rozpierające uczucie wywołało kolejny jęk rozkoszy. Czując następujące po sobie coraz to szybsze pchnięcia odchyliła głowę do tyłu i zamknęła mocno oczy, delektując się budującym się w niej uczuciem. Jeszcze chwila i po jej ciele przeszła odprężająca fala, tak intensywna, że była niemal pewna, że nie uda jej się dziś wstać na nogi. Gdy otworzyła oczy po słodkim spełnieniu, zobaczyła jego szczęśliwą twarz. Pocałował ją delikatnie dziękując za tak niespodziewaną rozkosz, a następnie położył obok niej przenosząc spojrzenie na przygasający ogień.
- Chyba się spóźnimy – powiedział roześmiany całując ją w nagie ramię, a ona przepełniona szczęściem wybuchła czystym, radosnym śmiechem. Teraz już wiedziała, że to jest jej miejsce na ziemi.
*
- Na Merlina, co Ty tu robisz? – wciąż nie mógł uwierzyć, że ona tu jest. W Londynie, w jego mieszkaniu.
- Wpuścisz mnie czy będziemy tak stać w progu? – spytała z uśmiechem na ustach, wyciągając szyję by dostrzec cokolwiek za jego plecami. Gdy odsunął się zapraszając ją gestem do środka, upuściła szybko walizkę na podłogę i rzuciła mu się na szyję. Przytulił ją mocno, okręcając parę razy dokoła własnej osi, autentycznie szczęśliwy, że ją widzi.
Następnie postawił ją na podłodze i wciąż nie wypuszczając z objęć, przyglądał się jej twarzy sprawdzając czy wygląda dokładnie tak jak ją zapamiętał. To rzeczywiście była ona, te same różowe, roześmiane usta, brązowe oczy, zaróżowione policzki, czarne, proste, błyszczące włosy. To była jego Sofie.
Tyle razy wyobrażał sobie to spotkanie. W jego wyobraźni zawsze pełne było niezręcznej ciszy i skrępowania. Na szczęście jego oczekiwania się nie spełniły. Stała wpatrzona w jego oczy, jakby szukała w nich odpowiedzi na jakieś nie zadane pytanie, opierając dłonie o jego nagi tors. Czy już teraz na samym początku powinien poruszyć temat ostatnich wypadków z Paryża? Zdecydowanie nie, dopiero przyjechała, nie chce jej już tracić.
- Tak się cieszę, że jesteś. Mam nadzieję, że na trochę zostaniesz, bym mógł się Tobą nacieszyć.
- Jasne. Zostanę do Nowego Roku, no chyba, że masz inne plany to oczywiście nie będę Ci ich psuć i wrócę wcześniej.
- Ani mi się waż. Zostajesz, to już ustalone. Będzie super, pokażę Ci cały Londyn. Od czego chcesz zacząć? – rozemocjonowany, zaczął się zastanawiać jak zagospodarować czekający ich wspólny tydzień.
- Najchętniej, na początek obejrzałabym Twoje mieszkanie, np. gdzie będzie mój pokój, no i może kuchnię? Może poczęstujesz gościa jakimś pysznym angielskim śniadankiem? Tylko proszę nie paskudź mi herbaty mlekiem, już to przerabialiśmy, mleko nadaje się tylko do kawy – zaczęła swój zwykły monolog, jednocześnie zaczynając zwiedzanie jego lokum, nie czekając nawet na gospodarza.
Spacery uliczkami miasta, zwiedzanie zabytków, kolacje w wykwintnych restauracjach, kino, teatr. Z nią nie wstydził się pokazać w mugolskiej części miasta. To ona nauczyła go korzystać z niektórych ich wynalazków, na tyle dobrze, by mogli udawać zwykłych turystów. Bawili się przy tym świetnie, żartując i przekomarzając się jak zawsze. Przy niej nie musiał nikogo udawać, nie musiał się bać krytyki czy nieprzyjaznych spojrzeń. Był w końcu sobą, a ona była dla niego jak osobiste słońce rozświetlające jego mroczną duszę.
Dni we wspólnym towarzystwie mijały w zastraszającym tempie, tak że ani się obejrzeli a już nadszedł dzień sylwestra. Siedzieli właśnie na podłodze w salonie opierając się plecami o kanapę i sącząc szampana dla uczczenia starego roku i zastanawiając się, gdzie się udać w ten ostatni wieczór.
- Znajomy robi zabawę sylwestrową u siebie w domu i mnie zapraszał. Może masz ochotę iść? – spytał nagle, nie wiedząc czy to aby dobry pomysł. No cóż, słowo się rzekło. Pozostało mu liczyć na to, że się nie zgodzi. Jednak jak a złość, wyglądała na zadowoloną z jego propozycji.
 - Który znajomy? Blaise? – kilka razy opowiadał jej o swoich kolegach ze szkoły, jednak, żadnego z jego z nich do tej pory nie poznała.
- Nie, Potter – powiedział szybko racząc się kolejnym łykiem szampana, by nie powiedzieć zbyt dużo.
- Harry Potter? Nie mówiłeś mi, że się kumplujecie – właściwie to w ogóle niewiele powiedział jej o swojej przeszłości. Powoli zaczynał podejrzewać, że jej niespodziewana wizyta miała także na celu wyciągniecie z niego nowych informacji o jego tajemniczym życiu.
- Bo się nie kumplujemy – przerwał opierając łokieć na zgiętej w kolanie nodze. – Czasem wpadamy na siebie w Ministerstwie i tak od słowa do słowa….
- No nie wiem, chyba nie każdego zaprasza się do domu… - miał już sobie pluć w brodę, że w ogóle zaczynał ten niewygodny temat. Nie był jeszcze gotowy, by opowiadać jej swoją mroczną historię. Bał się, że gdy ją pozna to go znienawidzi i odsunie się od niego.
 - To chcesz iść?
 - Czy ja wiem, skoro nie są to Twoi przyjaciele, tylko banda obcych ludzi, to chyba lepiej sobie odpuścić. Poznam ich innym razem, prawda? – trochę zdziwiony jej słowami, pokiwał powoli głową – To może urządzimy kameralną imprezę tutaj, sami? No chyba, że już się z kimś tam umówiłeś – widział to spojrzenie spod przymkniętych rzęs, jakby ta odpowiedź miała decydować o jego dalszym życiu. Czy ktoś tam na niego czekał? Zdecydowanie nie. Na pewno jego pojawienie się i to w towarzystwie pięknej Francuzki wywołałoby niemałe poruszenie. Jednak póki co wolał, tak jak ona, cieszyć się ostatnimi wspólnymi godzinami w zakamarkach własnych czterech kątów.
Gdy rozlewał kolejną butelkę szampana do ich kieliszków, postanowił poruszyć w końcu dręczący go temat. Niby zachowywali się wobec siebie jak zwykle, jednak wolał mieć wszystko czarno na białym.
- Uważasz, że powinniśmy porozmawiać o….?
Przerwała mu delikatnie kładąc dłoń na jego ramieniu, by zwrócić jego uwagę i kręcąc głową. Przysunęła się tak blisko niego, że stykali się teraz kolanami, wciąż wpatrzona w jego oczy. On także się jej wyglądał i na pierwszy rzut oka wyglądała tak samo, dopiero po chwili dostrzegł na czym polegała różnica. Nie widział w jej oczach tego błysku, który zwykle im towarzyszył.
- Nie ma o czym. Bo nic się nie zmieniło, prawda? Wciąż nie poukładałeś tych swoich spraw – gdy zaprzeczył ruchem głowy, ciągnęła dalej – To dlatego nic do mnie nie pisałeś. Bałeś się, co teraz zrobię? – nie odpowiedział, jedynie przeniósł spojrzenie na obracany w ręce kieliszek.
- Draco, to była cudowna noc, ale jeżeli tego nie chcesz to niczego ona nie zmieni. Oboje tego chcieliśmy, ale nie pozwólmy, by to zepsuło naszą przyjaźń. Bo ona jest dla mnie najważniejsza. – podniósł na nią wzrok, starając się wysondować czy mówi szczerze. Nie zauważył fałszu, a jedynie smutek płynący z jej pięknych brązowych oczu. Wiedział, że rani ją dając jej złudne nadzieje, dlatego starał się być od początku do końca szczery. Ta noc nie powinna była się wydarzyć, gdyż  dla Sofie znaczyła ona więcej niż jest w stanie przyznać. Co więc ma wybrać – ranić ją każąc czekać aż podejmie jakąś decyzję, a może zranić siebie definitywnie odsuwając dziewczynę od siebie? Czy jest gotów pozbawić się tej jednej przyjaznej mu duszy, sprawiającej, że chce być lepszym człowiekiem, która nie wytyka mu błędów i nie patrzy mu na ręce z niepokojem i nieufnością?
Wyciągnął ręce, by otoczyć jej talię i wciągnąć sobie na kolana, a następnie mocno ją przytulił. Od razu lepiej. Czy to takie złe, że lubi czuć się kochany? Nie będzie o tym myśleć ani podejmować żadnych decyzji, jeszcze nie dziś.
*
W śnieżne styczniowe popołudnie szóstka studentów siedziała przy stoliku kawiarni w centrum Londynu popijając kremowe piwo. Właśnie dowiedzieli się jaki temat będzie mieć ich pozorowana rozprawa egzaminacyjna i niestety nie wszyscy byli zadowoleni z takiego obrotu sytuacji.
- Jest tyle ciekawych dziedzin prawa, dlaczego akurat te pieprzone skrzaty? – rozpaczała niezadowolona Sylvie.
- Żartujesz sobie? Nie mogliśmy lepiej trafić. Przecież sprawa jest tak banalnie oczywista, że nie sposób jej przegrać – Matt nonszalancko zaczął bujać się na krześle pewny, że ten egzamin okaże się dla niego dziecinnie prosty.
- Zakładasz, całkiem błędnie moim zdaniem, że Gacek jest winny zarzucanych mu czynów? – Hermiona nie mogła dłużej słuchać oczerniania jej małych przyjaciół. Już od czasów Hogwartu i założonej przez nią WESZy bliskie jej sercu było dobro tych wykorzystywanych, biednych stworzeń.
- Oczywiście! Masz jakieś wątpliwości? Całe szczęście, że Tompson pozwolił nam między sobą zdecydować o podziale zespołu. Ja oczywiście zgłaszam się do grupy oskarżającej.
- Ja też – szybko dołączyła do Matta czarnowłosa.
- To zbyt proste. Ja rzucę sobie wyzwanie i będę bronić razem z Hermioną – uśmiechnął się do szatynki, która z wdzięcznością odpowiedziała mu tym samym.
- To ja…- zaczęła Jess, lecz przeszkodził jej blondwłosy arystokrata, siedzący do tej pory cicho z tyłu, zajęty własnymi myślami.
- To ja też będę w obronie.
- Ty? Nie sądziłam, że interesuje Cię los skrzatów – Hermina nie kryła swojego zdziwienia. Dałaby sobie uciąć rękę… no może nie rękę, w końcu z nim nigdy nic nie wiadomo do końca, ale była niemal pewna, że Malfoy opowie się za skazaniem Gacka bez mrugnięcia okiem.
- Bo nie interesuje. Ale wiem, że i tak wygra ten zespół, w którym Ty będziesz – powiedział od niechcenia, a dziewczyna się zaczerwieniła i przez chwilę nie wiedziała co ma odpowiedzieć na te słowa.
- Czyli jesteśmy podzieleni. Od tej pory nie powinniśmy wymieniać się informacjami o swoich poczynaniach i lepiej spotykać się osobno – Sylvie wstała, a za nią reszta jej grupy, po czym wyszli szybko żegnając się z resztą.
- No ok obrono, jak już zostaliśmy sami to Wam powiem, że ładnie się wpakowaliśmy. Nie chcę być złym prorokiem, ale nie mamy zbyt dużych szans – zauważył pesymistycznie Nick.
- Czy ja wiem? Czytałam w święta o takim jednym procesie, tylko, że dotyczył on trolla… - przerwał jej wybuch śmiechu młodego Malfoy’a.
- No nieźle Granger, Weasley musi być jeszcze nudniejszy niż myślałem skoro zamiast jego towarzystwa wolisz czytać o trollach. Chociaż z wyglądu można nawet zauważyć między nimi pewne podobieństwo…
- Zamknij się. Lepiej sam zacznij szukać sposobu jak obejść ich argumenty.
- Ich argumenty? Granger, to się nazywają fakty! Ten głupi skrzat świadomie postąpił wbrew rozkazom właścicieli i zdradził rodzinne tajemnice osobie wykluczonej z ich drzewa genealogicznego. Za coś takiego od razu należy się odzież, o ile nie ścięcie jego pustej głowy.
- Jak możesz tak mówić, przecież on chciał dobrze, chciał ich uchronić przed bankructwem. Swoją drogą czy to nie fascynujące jak inteligentne są to stworzenia…
- A kogo obchodzą skrzacie intencje? Nie wiem jak u Was mugoli, ale w czarodziejskim świecie, Granger, skrzat nie postępuje według własnych osądów. Ma tylko i wyłącznie wykonywać polecenia, bo tylko do tego się nadaje. Koniec kropka. Niech myślenie zostawi czarodziejom.
- Gdybyś lepiej traktował swoje własne skrzaty to  może wiedział byś o nich więcej, ale Ty nie widzisz nic poza czubkiem własnego nosa, nie Malfoy? Otóż do Twojej wiadomości, to Twój były skrzat uratował moje życie działając świadomie i na własną rękę, co więcej przypłacił to swoim własnym. Ale co Ty możesz o tym wiedzieć? Od Ciebie pomocy bym nie oczekiwała – miała nadzieję, że zrozumiał do jakich wydarzeń nawiązywała. Odruchowo złapała się za lewe przedramię, a on patrzył na nią rozszerzonymi oczami. W tym momencie miała dość, czara się przepełniła, nie pozwoli mu znów się obrażać.
- Jeśli aż tak bardzo nie wierzysz w nasze zwycięstwo a skrzaty znaczą dla Ciebie tyle co nic, to nie będę Cię zmuszać do naszego towarzystwa. W poniedziałek na wykładzie poproszę Jess, by się z Tobą zamieniła, a teraz wyjdź proszę, bo nie chcę na Ciebie patrzeć – proszę, powiedziała to o czym myślała już od tak dawna. Należało mu się. Jednak ta świadomość nie sprawiła, że czuła się z tym lepiej. Mimo wszystko było jej go trochę żal, gdy zdenerwowany i wyraźnie smutny zerwał się z krzesła i wyszedł z kawiarni.
- Więc na czym skończyliśmy – usłyszała głos Nicka wciąż wpatrując się w drzwi, w których zniknął Draco.


7 komentarzy:

  1. Rozdział genialny :D czekam jak w ostateczności Malfoy zareaguje bo nie wątpię, że coś wymyśli :D pisz szybciutko :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki. Bardzo się cieszę, że rozdział się podobał. Postaram się szybciej dodać następny.
      I zgadza się, Draco coś wymyśli :P

      Usuń
  2. To opowiadanie ewidentnie staje się moim ulubionym. Bez kitu! Już nie mogę się doczekać, co będzie dalej. Bardzo mi się się (nie) podoba powrót Sofie - mam tutaj na myśli to, że obawiam się, iż będzie utrudnieniem wątku Dramione, ale z drugiej strony bardzo mi odpowiada to, ponieważ lubię ekscytować się tekstem (szkoda tylko, że nigdy nie wieadomo ile trzeba czekać na kolejną część). Uważam, że jak na osobę rozpoczynającą Dramione jesteś bardzo dorosłym pisarzem - nie zauważyłam jakichś rażących błędów, które sprawiałyby ból swym wyglądem (np. rzułf zamiast żółw (: joke) - mam tu na myśli ortografy, interpunkcję, styl i takie tam... Naprawdę, gratuluję Ci tego opowiadania, bo jest ono naprawdę zapowiadającą się, jak dla mnie, "żywą legendą".
    Pozdrawiam bardzo serdecznie! Życzę weny i czekam :***

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję za tyle miłych słów :) Jest mi strasznie miło.
      Ciągle mnie to zaskakuje, że ktoś w ogóle czyta moje opowiadanie, nie mówiąc już o tym, że może się komuś podobać. A usłyszeć słowa uznania od znającej się na rzeczy i doświadczonej w temacie osoby, takiej jak Ty, jest dla mnie bezcenne. Sama znam i czytam od dawna Twoje opowiadania, więc wiem co mówię :*
      Jeśli chodzi o nieprzewidywalność terminów publikacji to zastanawiałam się nad opcją rozdział co dwa tygodnie, bo póki co publikuję zaraz jak skończę pisać. Jak lepiej?
      Dodam, że po cichu liczę na to, że następny rozdział będzie gotowy przed końcem przyszłego tygodnia :P

      Usuń
  3. Tak bardzo uwielbiam to, że związek Hermiony z Ronem jest taki prawdziwy – mimo wszelkich przeciwności, mimo ciągłych nieporozumień i przewinień ona i tak go kocha i wciąż myśli, że to nieważne, że ich miłość jest najważniejsza i przetrwa wszystko. Jak wiele jest takich osób i jak wiele trwa w takich związkach nawet do końca życia, nie wierząc w to, że z kimś innym może im być lepiej! I trudna jest odpowiedź na pytanie, czy lepiej się poddać, czy może walczyć do końca… Mam jednak nadzieję, że Draco okaże się dla Hermiony księciem, o jakim marzyła w najskrytszych snach. Jakie to wszystko jest proste w książkach/opowiadaniach, kiedy można napisać własne zakończenie :)
    Podoba mi się argument Hermiony – że Zgredek uratował jej życie. Ma dziewczyna wielką, wielką rację i Draco porządnie dostał po nosie – może się zastanowi nad biednymi skrzatami. Z drugiej strony ona jest do niego strasznie uprzedzona. Nie mówię, że nie ma prawa, to zrozumiałe, ale biedak nic (prawie) jej nie robi, a ona tak na niego naskakuje. To przykre :(
    Co do Sofie – lubię ją, ale myślę, że drogi jej i Draco powinny się rozejść. I tak nie wróżę im szczęśliwej przyszłości, skoro on jest w Londynie, a ona nawet nie wiadomo gdzie, już nie wspominając o tym, jak bardzo może namieszać ;)
    Pozdrawiam, życzę dużo weny i jeszcze dłuższych rozdziałów :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję za piękny długi komentarz :) Powiem Ci, że trafiasz w samo sedno, bo dokładnie to miałam na celu. Chciałam by to opowiadanie, mimo że osadzone w świecie magii, było bardzo prawdziwe, realne. Cieszę się, że póki co mi się to udaje :)

      Usuń

Copyright © 2016 Follow your dreams , Blogger